|
26 lutego 2007 r.
Ogłoszono wyniki konkursu na najciekawszą opowieść wyjaśniającą nazwę domowego wina, miodu lub nalewki. W konkursie brali udział użytkownicy forum winiarzy domowych
Pierwsze miejsce przypadło emto za legendę dotyczącą nazwy KONTUSZÓWKA.
Drugie miejsce - za legendę o nazwie MIODEK SZCZĘŚLIWEGO MISIA - zajął PleMWiniarz
NALEWKA ŻMUDZKA - ta legenda przyniosła trzecią nagrodę w konkursie dla alekor'a
KONTUSZÓWKA
Rzecz miała miejsce w zamierzchłych czasach, gdy zbójcy grasowali na
drogach i napadali na karawany kupieckie, a na ziemiach dzisiejszej
Polski
panowała „złota wolność szlachecka”. Istniał wówczas przepis, iż każdy
kupiec musi zatrzymać się w mieście mającym tzw. prawo składu i
wystawić swój towar na sprzedaż przez co najmniej siedem dni. Wiązało
się to z obowiązkiem opłaty, którą dziś nazwalibyśmy podatkiem od dóbr
luksusowych czy też akcyzą. Największą opłatą obłożone były zioła,
cytryny oraz miód. Prawo składu nie obejmowało tylko spirytusu.
Kupcy
starali się
na wszelkie możliwe sposoby omijać miasta z prawem składu, jednakże
ówczesna sieć drogowa była tak zbudowana, iż było to zadanie
niezmiernie trudne, a
ponadto urzędnicy królewscy, których dziś nazwalibyśmy policją skarbową
bacznie kontrolowała wszystkie karawany kupieckie czy stosują się do
tego
przepisu. W razie wykrycia próby ominięcia miasta stosowane były
drastyczne kary – od zajęcia towaru i całej karawany po łamanie na kole
w
przypadku recydywy. Nie odstraszało to jednak kupców i wielu z nich nie
bacząc na straszliwe konsekwencje takich poczynań permanentnie drwiło z
królewskich przepisów.
Najsłynniejszym z nich był Janko z Gilowa, o
którym już za życia krążyły legendy po całej Rzeczypospolitej jak to
sprytnie
oszukuje fiskusa. Janko był postawnym, przystojnym mężczyzną i był
niezrównany w łamaniu niewinnych serc dziewczęcych. Miał też podobno
kontakty ze
zbójeckim światkiem i dlatego mógł wędrować niebezpiecznymi drogami
nienękany ani przez samych zbójców, ani urzędników skarbowych, którzy z
obawy o
swe życie i zdrowie nie zapuszczali się na zbójeckie tereny. Pewnego
razu Janko z Gilowa jechał z towarem do Lublina na trwający w tym
czasie sejmik
szlachecki. Wiózł ze sobą suszone liście lawendy, anyż, badian,
kolendrę, imbir, gałkę muszkatułową, cytryny, miód oraz spirytus.
Wiadomo było bowiem
powszechnie, iż obradująca na sejmikach szlachta nie szczędzi grosza na
wymienione dobra.
Jak zwykle Janko z Gilowa jadąc do punktu
przeznaczenia
sprytnie omijał miasta z prawem składu i z niezwykłą zręcznością umykał
ówczesnej policji skarbowej. Szczęście jednak nie może trwać wiecznie.
Janko
dowiedział się od jednego ze swych tajnych współpracowników, iż
szykowana jest na niego wielka obława i w przeciągu kilku godzin jego
karawana
zostanie zatrzymana do rewizji. Janko nie był jednak w ciemię bity i
wpadł na szatański koncept. Postanowił wszystkie zioła, cytryny oraz
miód zatopić
w beczkach ze spirytusem (należy w tym miejscu przypomnieć, iż spirytus
nie był objęty prawem składu). Jak pomyślał, tak zrobił. Jakież było
zdziwienie urzędników skarbowych gdy Janko ze stoickim spokojem
pozwolił na rewizję swojej karawany. Większe zdziwienie ich ogarnęło
gdy w podczas
przeszukiwania karawany nie znaleźli nic poza spirytusem w beczkach.
Chcąc nie chcąc musieli puścić go wolno.
Sprytny Janko z Gilowa
zadowolony ze
swego podstępu postanowił pozostawić towar zatopiony w spirytusie i nie
niepokojony więcej przez nikogo dotarł po miesiącu do Lublina na
sejmik. Gdy
wreszcie otworzył beczki ogarnęła go wielka rozpacz. Otóż zioła i
cytryny nadawały się tylko do wyrzucenia, miód zaś rozpuścił się w
spirytusie.
„Do diaska, cóżem najlepszego uczynił” zaklął szpetnie Janko, jednak w
tej samej chwili dotarł do niego niesamowity zapach spirytusu.
Janko wychylił kwaterkę i oniemiał – tak cudownego w smaku alkoholu
jeszcze nie pił.
„Ło matulu, Jezusicku, toż to lepse jak
łokowitka!” wykrzyczał. Postanowił zarobić na tym niezwykłym trunku i
zaczął sprzedawać go w niewielkich buteleczkach (zwanych dziś
piersiówkami) szlachcie obradującej na sejmiku. Cały stan szlachecki
dosłownie oszalał na punkcie spirytusu z suszonymi liśćmi lawendy,
anyżem,
badianem, kolendrą, imbirem, gałką muszkatułową, cytryną i miodem.
Szlachta z całej Rzeczypospolitej, wszystkie najznakomitsze rody tak
docenili ten
napitek, że te małe buteleczki z trunkiem nosili ciągle przy sobie
chowając je za poły kontuszy. Z tej przyczyny nalewkę taką zaczęto z
czasem zwać
kontuszówką. Nazwa ta przetrwała po dziś dzień. Szkoda tylko, że prawie
nikt już nie pamięta o Janku z Gilowa, który był pierwszym wytwórcą
kontuszówki.
MIODEK SZCZĘŚLIWEGO MISIA
Misiu zamyślił się, wbijając wzrok w szczelinę swojej jaskini.
Migoczące gwiazdy skłaniały do wspomnień i marzeń. Co będzie, kiedy
zrealizuje wreszcie
swój plan? Czy jego życie stanie się takie, o jakim zawsze śnił?
Rozmyślania przerwał dziwny dźwięk dochodzący spod ściany. Niedźwiedź
podniósł się z trudem i kulejąc podszedł bliżej do źródła dźwięku. Pod
ścianą
siedziała przyczajona wiewiórka. Widział w jej oczach połączenie
przerażenia i pogardy. Wszystkie zwierzęta tak na niego patrzyły,
chociaż nigdy
żadnemu z nich nie wyrządził krzywdy. Jednak był największy w lesie, a
blizny na rozszarpanej nodze nigdy nie porosły sierścią. Warknął cicho,
zły, że
musiał powrócić na jawę.
W oczach wiewiórki pozostało już samo
przerażenie.
Zaczęła szybko analizować otoczenie, szukając drogi ucieczki.
- Czego chcesz? - niedźwiedź zagrodził jedyną drogę łapą. Wiewiórka podskoczyła.
- Ja ... eee ... ja tylko ... - czuła pustkę w głowie, miała nadzieję
uniknąć spotkania, ale nie udało się, teraz trzeba przeżyć, coś
wymyślić, jak
powie prawdę, to ...
- Tylko co? - Niedźwiedź zawahał się na chwilę, widząc, że oczy
wiewiórki się zwilżyły. Trochę złagodził ton głosu –weszłaś w nocy do
mojego
domu, mogę wiedzieć, po co?
- Ale ... Ty ... nie chcesz mnie skrzywdzić?
Wiewiórka usiadła zrezygnowana. Raczej spodziewała się, że ze spotkania
ze słynnym potworem nie wyjdzie cało. A tu niespodzianka – potwór chce
z
nią rozmawiać
- Chodzi o to, że ... mróz trzyma dłużej niż myśleliśmy. Nie mamy
wystarczających zapasów... moje maluchy zaczynają płakać z głodu – w
wiewiórce
coś pękło. Nie zamierzała opowiadać tego wszystkiego niedźwiedziowi,
ale zbyt długo musiała dusić to w sobie.
Z jej oczu zaczęły powoli
kapać łzy
– A wszyscy wiedzą, że zrobiłeś duże zapasy, o wiele za duże nawet na
ciebie. Tak szybko zebrałeś cały miód w okolicy, że nikt inny nie miał
nawet okazji go powąchać. Myślałam, że jeszcze śpisz ... chciałam się
trochę poczęstować. Moje dzieci nie byłyby głodne, a ty byś pewnie
nawet nie
zauważył różnicy ... Przepraszam ...
Niedźwiedź siedział w osłupieniu. Pierwszy raz od bardzo dawna ktoś do
niego mówił bez wyzwisk i krzyków. Problem w tym, że dzieci wiewiórki
chciały
miodu, a on nie mógł im go oddać – chociaż faktycznie miał go o wiele
za dużo dla siebie samego.
- Chodź ze mną – podniósł się powoli. Wiewiórka otarła oczy i spojrzała
na niego. Teraz już nie widziała wielkiego, groźnego i obrzydliwego
potwora. Wstała i ruszyła za nim, chociaż wciąż była pełna wątpliwości.
Po chwili minęli korytarz jaskini i stanęli na progu spiżarni.
To, co ukazało się oczom wiewiórki, zdecydowanie nie było tym, czego
się spodziewała. Zamiast słoi pełnych miodu spiżarnia była pełna
dziwnych butli,
z których wystawały zakręcone rurki. To, co było w środku, trochę
wyglądało jak miód ... a trochę nie. Tylko w jednym kącie leżało
jeszcze trochę
jedzenia – suszonych owoców i kory. Zaskoczona wiewiórka nie mogła
wydusić z siebie słowa. Patrzyła to na niedźwiedzia, to na dziwną
zawartość
spiżarni.
- Witaj w moim królestwie – zaczął miś – Jak widzisz, jedzenia nie mam
dużo, ale weź ile potrzebujesz. Mam nadzieję, że niedługo przyjdzie
wiosna, jakoś dotrwam.
- Dziękuję, ale co się stało z tym całym miodem? Tyle go nazbierałeś … i co to za butle?
- Widzisz ... ja ... - teraz niedźwiedź się zająknął, ale postanowił,
że komuś musi się zwierzyć – ja tylko chciałem, żeby ktoś mnie polubił.
Z miny wiewiórki można było wywnioskować, że nie widzi żadnego związku
między zawartością spiżarni a wypowiedzianym zdaniem, więc niedźwiedź
westchnął, usiadł i zaczął:
- Kiedy byłem mały, podczas spaceru z rodzicami po lesie natknęliśmy
się na myśliwych. Próbowaliśmy uciec, ale ich kule były szybsze.
Najpierw trafili
mamę ... wtedy tata zatrzymał się i ruszył na nich wołając do mnie,
żebym uciekał ... oni ... ja widziałem ... zawsze był silny i szybki
... a nagle
przewrócił się zupełnie bezwładnie ... - Na chwilę przerwał zdziwiony
tym, że w jego oczach zaczęły kręcić się łzy. Nigdy nie płakał.
Wiewiórka
podeszła i pogłaskała go po nodze.
Otarł oczy i kontynuował:
- Nie wiedziałem, co robić ... ale oni już mnie zobaczyli, musiałem
uciekać. Poczułem ból w nodze, zacząłem utykać, ale byłem już daleko.
Przestali
mnie gonić. Wróciłem do jaskini, wychodziłem z niej tylko, kiedy
musiałem znaleźć pożywienie. Nikt mnie nie rozumiał. Zwierzęta się mnie
bały.
Ale
ostatnio postanowiłem to zmienić. Dlatego przypomniałem sobie stary
przepis taty i nazbierałem miodu ... chciałem zrobić dużo napoju, żeby
zaprosić
wszystkie zwierzęta na przyjęcie ... żeby mnie polubiły.
- Ale ... ten napój ... co to jest?
- Chyba nie ma specjalnej nazwy ... ale jest dobry – niedźwiedź
rozmarzył się – po wypiciu robi się tak cieplutko i tak przyjemnie ...
- Kiedy chcesz zrobić to przyjęcie?
- Nie wiem ... napój już jest prawie dobry ... myślę, że do pełni
będzie można go pić. Ale boję się, że nikt nie przyjdzie ... wszyscy
się mnie boją
...
- Wiesz co? Mam pomysł! - wykrzyknęła wiewiórka i zerwała się – Ja
przekażę wszystkim zwierzętom. Ciebie się mogą bać ... ale mi uwierzą!
Decyzja została podjęta. Tej nocy niedźwiedź zawarł swoją pierwszą
przyjaźń i zaplanował wielkie przyjęcie, które miało zmienić całe jego
życie.
Kiedy nadszedł ważny wieczór, w jaskini wszystko było gotowe już od
rana. Jednak długo nikt się nie pojawił. Niedźwiedź bał się, że nie
wytrzyma
czekania.
Jako pierwsza progi jaskini przekroczyła wiewiórka z dziećmi. Zaraz za
nią, powoli weszła rodzina zajęcy. Im później było, tym więcej zwierząt
wypełniało jaskinię. Najpierw niepewnie i powoli. Po jakimś czasie
jednak wszyscy oswoili się z myślą, że straszny niedźwiedź wcale nie
jest taki
straszny – a duża była tutaj zasługa dziwnego napoju.
Kiedy zaczęło świtać, goście zaczęli się rozchodzić do domów. Teraz już
bez oporów podchodzili do gospodarza, aby go osobiście pożegnać i
podziękować
za zaproszenie. Na końcu w jaskini została już tylko wiewiórka. Z
uśmiechem spoglądała na twarz niedźwiedzia, która wyrażała nieopisane
szczęście.
Podeszła bliżej i powiedziała:
- Myślę, że wiem, jak możesz nazwać swój cudowny napój.
I od tej pory wszyscy znali napój pod nazwą Miodek Szczęśliwego Misia
... i co roku pomagali niedźwiedziowi zbierać miód, aby wspólnie móc
świętować
nadejście wiosny.
NALEWKA ŻMUDZKA
Wśród nieprzebytych kniei krainy rozciagającej się od Niemna po Niewiażę od zamierzchłych czasów zamieszkiwało plemię Żmudzinów, a
byli oni poddanymi władcy Litwy Mendoga z litewska zwanego Mindaugasem.
Ponieważ czyste wody obfitowały w ryby, mateczniki kryły w sobie grubego
zwierza, nad podmokłymi łąkami nieustannie rozbrzmiewał łopot skrzydeł
dzikiego ptactwa, a pradawne bory roiły się od nieprzebranej mnogości
różnorodnej zwierzyny łownej - przeto książę wraz ze swoją drużyną nader często zapuszczał się na te tereny.
Upolowanymi podczas łowów trofeami zdobił swoje książece komnaty, aby podczas biesiad snuć barwne opowieści o swoich myśliwskich wyczynach.
Im dłużej trwała uczta, im częściej krążyły dzbany z trunkami
dolewanymi do ochoczo nadstawianych czarek, tym bardziej rozwiązywały
się języki,
sypały się niewybredne żarty, tym rubaszniejsze stawały się dowcipy.
Ale
książę nie brał w tym udziału. Sączył małymi łyczkami specjalnie dla
niego sprowadzoną ze Żmudzi nalewkę, a jego rozmarzone oczy
coraz bardziej iskrzyły się na wspomnienie pewnej żmudzkiej dziewczyny, która głęboko zapadła mu w pamięć z powodu godnej podziwu postawy wobec rozochoconych biesiadników.
Traktując ich zaczepki z iście anielską cierpliwością, a równocześnie z respektem należnym czcigodnym rycerzom
potrafiła ujarzmić ich rozpasaną wyobraźnię i skierować ją w stronę delektowania się wybornym aromatem i smakiem
nalewki od dawien dawna sporządzanej na Żmudzi z suszonych na przypiecku śliwek i ususzonej ruty (z wianka
rucianego?). Z całą pewnością dodawało się do niej cytryny
i jeszcze czegoś sekretnego i bardzo pilnie strzeżonego.
Po wypiciu nalewki Żmudzini - naród z natury zamknięty w
sobie, mrukliwy, nieskory do rozmów i dosyć ponury - jak za dotknięciem
czarodziejskiej różdżki stawali się wylewni i serdeczni, życzliwi dla
całego
świata. To samo działo się również z myśliwymi towarzyszącymi
księciu podczas polowań: wyuzdani zbereźnicy, pożeracze serc niewieścich i postrach miejscowych białogłów w miarę
opróżniania kolejnych kielichów przeistaczali się w łagodne baranki,
wodzili rozanielonym wzrokiem za uwijającą się wśród nich dziewczyną z
dzbanem
wypełnionym bursztynowym trunkiem. Gdzieś ulatniały się ich grzeszne
żądze, a w oczach pojawiał się zachwyt dla urodziwej i zręcznej
Żmudzinki.
Nie mieli pojęcia, że szlachetną przemianę swojego usposobienia
zawdzięczają trunkowi.Natomiat bardzo dobrze wiedziała o tym dziewczyna
i
sprytnie wykorzystywała cudowne właściwości nalewki jako tarczy obronnej dla swojej dziewiczej czci... . Jak widać z powodzeniem.
No i książę Mindaugas też musiał wiedzieć, oczywiście, co można było
poznać po jego wyrazie twarzy i uśmiechu skrywanym pod sumiastym wąsem.
|