Ocena wątku:
  • 0 głosów - średnia: 0
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Przyjęcie z wpadką
#26
Piękna śmierć, też bym chciał tak zakończyć. Pod warunkiem, że w tym samym wieku.
Odpowiedz
#27
Cytat:Wysłane przez JoannaMc
Myślę, że każdy z nas przeżył przyjęciowy obciach.

U mnie w domu gościli kiedyś znajomi. Jedna z Pań (czy to przypadek, że wegetarianka?) zrobiła miłą niespodziankę proponując, że przygotuje kolację. Zrobiła tempurę (różne bakłażany, cukienie i inne ogórki maczane w cieście naleśnikowym - chyba i smażone). W połowie, gdy patenia była już czarna, dym wszędzie, a kuchnia zalana olejem w promieniu 1,5 metra, doszła do wniosku, że jest zmęczona.
No i moja żona kończyła "zabawę" w kuchnię wschodnią, a potem razem myliśmy pobojowisko.
Czy jestem dziwakiem, że nie mam ochoty na powtórkę?
Odpowiedz
#28
Okoliczności śmierci Twojego dziadka Pigwo są podobne do śmierci starego Żądlicy z powieści "Tysiącletnia pszczoła" Dziadek ten wyrabiał przepyszne wino porzeczkowe.Zmarł ze smakiem wina w ustach,a stało się to po połknięciu szkła z rozsadzonej przez lód butelki tegoż winka.Dziadkowi zachciało się spróbować swojego wyrobu i wszedł na strych ,gdzie winko leżało sobie w buteleczkach i dojrzewało.Mróz tej zimy był siarczysty i butelka z trunkiem pękła .Wziąwszy do ust kawałek zamarzniętego wina nie zauważył szkła,które wbiło mu się w tchawicę i pozbawiło życia. Polecam lekturkę na zimowe wieczory.Jest tam wiele ciekawych opisów i fajne klimaty.
Odpowiedz
#29
Cytat:Wysłane przez JoannaMc ...siadamy do stołu, a pan profesor stwierdza, że o tej porze nie jada, ale (...) szybkie kolejki przywróciły nam oddech i konwersowaliśmy dalej.
Ja rozumiem - temat stary, może nieaktualny, ale powstrzymać się nie mogę.
Słowo honoru: mnie można zapraszać spokojnie, żadnego obciachu nie narobię. Ani profesorem nie jestem, ani wegetarianinem (choć jak mięska nie ma, to i zielone zjem, czemu nie?), jadać mogę o każdej porze dnia i nocy, tym bardziej, jak jest czym popić. A i pokonwersować, w przerwach w jedzeniu i piciu, mogę.
Wybaczcie, musiałem....
Odpowiedz
#30
Będę robił jakąś imprezę będę o Tobie Maćku pamiętał!!!

PS. Dodam, że jak właściwie jak Maciek z tym, że ja dodatkowo śpiewam: "Przeeeeeeeżyyyyyyyyj tooooo saaaaaaam!!!!!"!!!!

[Wyedytowany dnia 10-12-2005 > cayose]
Odpowiedz
#31
heh. Ja jak przedmówcy z wyłączeniem mięska, ale za to jeszcze mogę tańczyć wszystko i wszędzie. :tuptup:

TO KIEDY IMPREZKA???:big::big:
Odpowiedz
#32
Podobno od pijaka gorszy jest tylko abstynent. :placze:

Megana, powinnaś jeśc mięsko ono zawiera dużo żelaza i to dobrze przyswajalnego nie to co szpinak, feeee. :wsciekly:
Brak żelaza może byc przyczyną anemii. :placze:
Odpowiedz
#33
Kiedy ja uwielbiam szpinak!! Właśnie przed chwilą zeżarłam paczkę....
Odpowiedz
#34
No tak, tylko podobno ze szpinaku wchłania się 1% żelaza a z cielęciny 22%. :o:
Tak przypuszczam, że jesteś bardzo szczupła, żeby nie byc złosliwym :hahaha:
Odpowiedz
#35
otóż trudno bym przy wzroście 150cm była gruba, ja estetka jestem, zresztą akurat moich podobizn na forum od metra :jezor::jezor:
Ale tak serio, to ja tyję od czystej wody.
Co do cielęciny to już dawno nie mam ochoty na dyskusje o wyższości wegetariańskiego żarcia nad jedzeniem zwłok, więc sorry. Pozwólmy sobie pozostać przy swoich zdaniach :)
A tak całkiem na marginesie - lubię zwierzątka. Żywe.
Odpowiedz
#36
Cytat:Wysłane przez Megana A tak całkiem na marginesie - lubię zwierzątka. Żywe.
To już przesada. Jeszcze rozumiem - surowe - sam przepadam za carpaccio, czy tatarem. Ale żywe??!!! Toż one za szybkie są.
Odpowiedz
#37
Przerzuć się na leniwce :chytry::chytry:
Odpowiedz
#38
Cytat:Wysłane przez Megana Przerzuć się na leniwce :chytry::chytry:
Odpada. W moim przypadku to byłby kanibalizm...
Odpowiedz
#39
:hahaha::hahaha::hahaha:
Rozwaliłeś mnie.

To już ci tylko dżdżownice pozostają.....:diabelek:
Odpowiedz
#40
Dżdżownice? Bez przesady. Na Avatarze ja - to ten po prawej, nie po lewej.
Aleśmy se pogadali :hahaha:
Odpowiedz
#41
No to ja wam opiszę moją wpadkę - ale moją, moją. Dwa lata temu bylismy na spływie kajakowym na Litwie, gdzie rozsmakowałam się w ichnim chlebusiu (mocno zakminkowanym, bez żadnych polepszaczy, ergo jeszcze na piąty dzień przepysznym). No więc przywiozłam sobie taki chlebus do domku oczywiście.
A jeszcze przed wyjazdem jadłam u mojej koleżanki przepysznie podaną i ponoć niezwykle prostą w wykonaniu karkówkę pieczoną (bierzesz kawałki karkówki, dajesz przyprawy, zawijasz w folię aluminiową i do piekarnika - na maksymalną temperaturę i całkiem długo - za długo nigdy nie będzie, bo folijka zatrzymuje ten pyszny tłuszczyk, w którym to wszystko się dusi !).
No to i zaprosiłam sąsiadów zza ściany na po-litewskie spotkanie. Oglądamy zdjęcia, karkóweczka w piecu, na stole -jakaś mała sałatka i tarta owocowa na deser (na szczęście nie mojej produkcji) i oczywiście winko. Sąsiad przyszedł, ale sąsiadka się trochę miała spóźnić - więc czekamy z karkóweczką (skoro im dłużej tym lepiej ...).
Pewnie już wiecie co dalej - ale na pewno nie do końca. Karkóweczka oczywiście się sfajczyła - rozwijaliśmy z folii takie śmieszne czarne kawałeczki (nic się nie uratowało). No i wtedy złota myśl. Słuchajcie, przecież mam pyszny chlebuś z Litwy. Wyjmuję, kroję kromeczki (lekko zamroczona dymem i porażką, a i pewnie troszkę alkoholem), podaję na stół do rzeczonej sałatki. I nagle moja córka stwierdza: Mamuś, czy ten chleb nie jest przypadkiem splesniały ? Niewiarygodne, ale był (a ja myślałam, że ten biały osad to po prostu mąka). Co ja się wtedy wstydu najadłam. Tylko ta tarta jakoś mnie uratowałą. Na szczęście sąsiedzi porządni ludzie - troche się pośmiali, trochę ponabijali ze mnie ... Ale dzieci do dziś to wspominają z niekłamaną - oczywiście złośliwą - satysfakcją .
Odpowiedz
#42
Też po 18tej nie jadam nic innego jak oliwki, ser pleśniowy i owoce :)
Odpowiedz
#43
Kiedyś pomagałam przygotowywać siostrze lekkie spotkanie towarzyskie, na które miał przyjść jej chłopak. Jedną z przekąsek był śledź pod pierzynką, robiony z marynowanych ryb. Każdy z gości dostawał talerzyk z porcją. Niestety z rozpędu któraś z nas pokryła sałatką i sosem talerzyk ze ściągniętymi z filetów skórkami, a jako że los bywa złośliwy, akurat ta porcja wylądowała przed najważniejszym gościem... Dobrze, że człowiek miał poczucie humoru:-)
Odpowiedz
#44
Kiedyś, ja i LP zaprosiliśmy (po raz pierwszy) znajomych (parkę) na weekend z noclegiem do domku działkowego na jedzonka grillowe. I oczywiście zamiast zapytać co chcą do jedzenia, jaki rodzaj preferują, to się meczyliśmy co porobić na tym grillu i tak wymyśliśmy bakłażany z masłem (jakby któreś mięcha nie jadło), tradycyjnie szaszłyki z cebulką kolorową, jakieś kiełbaski i też ryba z migdałami.
A oni przywieźli trzy piwa marki Tyskie...(trzy pierd* k*wa piwa na cały piep*ony weekend)...
I nie wynikało to z ich pozycji materialnej, tylko osobościowych warunków do bycia nieprzystosowanym do życia w stadzie.

Oczywiście to był nasz ostatni wspólny weekend.
Odpowiedz
#45
To mi przypomina jak za studenckich czasów na wyjeździe majówkowym z ludźmi z uczelni, spożywaliśmy śniadanie na trawce. Zabrakło chleba więc stwierdziłem że przyniosę z oddalonego plecaka. Przyniosłem dwie kromki, usiadłem i zacząłem smarować pasztetem, czując na sobie ciężki wzrok reszty. Cóż, bycie jedynakiem niesie za sobą pewnie nieprzystosowanie :)
Odpowiedz
#46
W szkolnych latach dokładnie jeszcze w technikum i wypad na Mazury okolice Augustowa, wjazd na 2 tygodnie pod namioty, konserwy zakupione na 2 tygodnie, zakopane w ziemi żeby nikt nie ukradł i żeby się nie nagrzewały, po powrocie znad jeziora zastaliśmy brak namiotów i całej zawartości, ubrania, plecaki + pieniądze (zostały skradzione) a konserwy uratowały życie (nie zjedliśmy ich) bo sprzedaliśmy je żeby mieć pieniądze na bilety powrotne.



Skocz do: