11-08-2005, 21:01
Statek zawija do Lizbony aby zabrać trochę ładunku i dalej , niestety , wokół Afryki do Singapuru bowiem Kanał Suezki jest zablokowany przez konflikt między Izraelem a Egiptem . Wychodzimy z kolegą na ląd , mamy tylko 1,5 godz na zwiedzanie .Upał potworny , szukamy miejsca aby się czegoś napić .Wchodzimy do napotkanego baru bo zwabił nas ten cudowny zapaszek wyczuwalny już na ulicy . Okazało się , że wdepnęliśmy do cudownej winiarni . Za barem 12 dużych beczek w rzędzie z drewnianymi kranikami , lada barowa wzdłuż tych beczek a przy barze siedzą na beczkach (oryginalne siedzenia) mężczyźni i piją wino .Są dwa wolne miejsca więc siadamy i gestem ręki pokazujemy 2 x . Błyskawicznie lądują przed nami dwie duże musztardówy wina i dwie kanapki( duża bułka przekrojona a w środku gruby plaster kiełbasy z osła...). Nie zamawialiśmy tych kanapek lecz widzimy , że wszyscy biesiadnicy mają podobne więc pijemy wino i zagryzamy kanapką .Kiedy bywalcy winiarni dowiadują się , że jesteśmy z Polski , lądują przed nami po trzy takie szklany wina ale już bez kanapek . Dziękujemy sponsorom , staramy się dość szybko wypić bo czas nagli . Przed wyjściem kupujemy jeszcze gąsiorek z winem ( 15 L) , ładnie opleciony a na dodatek bardzo tanio . Już przy wychodzeniu omal nie dachowałem , na szczęście " skuci " byliśmy uchwytami tego naczynia i to poprawiło moją równowagę . Dobiegamy prawie do portu choć nogi nam się dziwnie plączą , mamy już 15 min spóźnienia . Statek na szczęście stoi ale już gotowy do wypłynięcia , trap podniesiony a kapitan z mostku przez lornetki uważnie śledzi nasz chwiejny krok . Koledzy na burcie błyskawicznie zadziałali i rzutka gotowa czekała na transport wina na burtę , natomiast z nami było trochę gorzej . Trapu już nie opuszczono jedynie cumownicy przystawili do burty dwie zbite deski z przybitymi w poprzek szczeblami , taka namiastka trapu stosowany przy niskiej wodzie . Była to dla nas ściana płaczu ale nie było wyboru więc czołganiem gramoliliśmy się na burtę wywołując śmiech u załogi i portugalskiego pilota .Ledwie statek opuścił port a pilotóka odebrała pilota usłyszeliśmy wezwanie na mostek . Wchodzimy na mostek , sternik i oficer wachtowy dyskretnie skręcają się ze śmiechu a my pokornie stajemy przy szocie ( ścianie) aby w miarę trzymać pion i czekamy . Stary podszedł , chwilę nas taksował wzrokiem a potem wygłosił mowę jaką to załogą przyszło mu dowodzić . Ostatnie zdanie brzmiało: " a za karę , w drodze powrotnej , w Las Palmas kupicie po dwie skrzynki bananów dla naszych podopiecznych z domu dziecka w Sopocie . Spuściliśmy powietrze bo kupić dwie skrzynki bananów i to w Las Palmas to tyle co by hr Zamijskiemu kogut zdechł . Wychodząc dobiegł nas głos starego: " tylko to ma być pierwszy gatunek - winiarze" . Do końca rejsu przylgnęła do nas ksywa " winiarze" . Dymion po trzech dniach ktoś w nocy postawił pod moje drzwi kabinowe - niestety pusty...

Szkoda że tak rzadko nas nimi uszczęsliwiasz.
czy:
I czekamy na więcej.

